Jak
przystało na blogerkę kosmetyczną, mam sporo różnego rodzaju
kosmetyków do makijażu. Kilkadziesiąt cieni do powiek,
kilkadziesiąt szminek, 3 pudry, 5 róży i 3 bronzery. Wszystkie
kosmetyki staram się eksploatować, ale nie po każdy produkt sięgam
z taką samą przyjemnością. W związku z tym postanowiłam wybrać
po jednym z każdego rodzaju i w ten sposób zaprezentować najlepsze
kosmetyki do makijażu. Tak oto powstało całkiem ciekawe
zestawienie, zresztą zobaczcie sami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose Velvet Matte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose Velvet Matte. Pokaż wszystkie posty
Pomadki idealne na wiosnę – neonowy koral i marchewkowa czerwień
Częstotliwość, z jaką
publikuję notki poświęconym najnowszym zdobyczom, mogłaby
sugerować, że zmagam się z zaawansowaną postacią zakupoholizmu.
Trudno jednak oprzeć się szminkom w ciekawych odcieniach i
kwiatowym umilaczom kąpieli. Dzisiaj prezentuję kosmetyki, które
zasiliły moją toaletkę w ostatnich tygodniach. W przyszłym
tygodniu zamierzam zaprezentować pędzle i bazę pod cienie. Nie
chciałam jednak zwlekać z notką poświęconą pomadkowym nabytkom,
ponieważ wśród nich przeważają odcienie idealne na wiosnę.
Co nowego w kosmetyczce? Szminki i parę innych drobiazgów
Ten post powinnam rozpocząć od zdania: "Mam na imię Magda i jestem szminkomaniaczką". Mimo iż mogę pochwalić się pokaźną kolekcją pomadek, wciąż przynoszę do domu nowe kosmetyki do makijażu ust. Zawsze znajdę w drogerii szminkę w wyjątkowym odcieniu, którą muszę przetestować na własnych wargach. Choć najczęściej stawiam na usta w żywych, soczystych kolorach, zdarza mi się przynieść do domu też coś spokojniejszego. Zapraszam na prezentację skarbów, którym nie potrafiłam się oprzeć.
Inglot pomadka do ust Matte nr 422
Do
tej pory byłam zadowolona z matowych szminek Inglota, toteż gdy
zobaczyłam jagodową pomadkę Inglota na jednym z blogów,
wiedziałam, że muszę ją mieć. Na zaspokojenie kosmetycznego
chciejstwa nie musiałam długo czekać, ponieważ pożądany odcień
znalazłam w pobliskim centrum handlowym. Moja radość nie trwała
jednak długo, ponieważ szminka nie grzeszy jakością. Jej
aplikacja jest jeszcze trudniejsza niż śliwkowej pomadki marki
Sephora, początkowo myślałam, że baza Kobo rozwiąże problem,
niestety, tak się nie stało. Równomierne nałożenie jagodowej
szminki graniczy z cudem ze względu na jej tępą konsystencję. Za
każdym razem w załamaniach pojawiają się fioletowe grudki, które
wyglądają nieestetycznie. Z pewnością nie jest to kwestia
suchych, zaniedbanych ust, ponieważ nawet na ręce szminka rozkłada
się nierównomiernie. Może któraś z Was miała do czynienia z tym
pięknym a zarazem problematycznym odcieniem i wie, jak rozwiązać
problem?
Inglot pomadka do ust Matte nr 420
Choć
zakupu tej pomadki nie planowałam, jej nietypowy odcień spodobał
mi się do tego stopnia, iż postanowiłam powiększyć kolekcję
szminek. Trudno jednoznacznie określić jej kolor. Mamy tutaj do
czynienia z połączeniem intensywnego różu i fioletu. Jeśli w
makijażu lubicie eksponować usta, to powinnyście zwrócić uwagę
na pomadkę Inglot Matte nr 420. Choć temu nietypowemu odcieniowi
nie można odmówić uroku, to nie każda z nas będzie wyglądała w
nim dobrze. Choć intensywny róż z domieszką fioletu nie ma tak
topornej konsystencji jak Inglot Matte nr 422, jego aplikacja bywa
problematyczna. Nawet na zadbanych, wypeelingowanych wargach kosmetyk
lubi wchodzić w załamania. Gdy udało mi się równomiernie nałożyć
pomadkę, nienagannym makijażem ust cieszyłam się zaledwie przez
kwadrans, po kilkunastu minutach szminka zaczyna się warzyć i
musimy sięgnąć po mleczko lub płyn dwufazowy.
Golden Rose Velvet Matte pomadka nr 14
W
listopadzie postanowiłam powiększyć swoją kolekcję szminek, na
mojej liście znajdowało się kilka ciekawych, jesiennych odcieni.
Wprawdzie nie planowałam zakupu szminki przypominającej dojrzałą
malinę, ale gdy zobaczyłam ją w drogerii, uznałam, że muszę ją
mieć. Staram się nie wrzucać kosmetyków do koszyka pod wpływem
impulsu, ale czasem pozwalam sobie na odrobinę szaleństwa. Tym
razem warto było zmodyfikować pierwotne zamierzenia, ponieważ
pomadka Golden Rose Velvet Matte nr 14 przypomina naturalny odcień
moich ust. Po jej użyciu wargi wyglądają lepiej, ale nie rzucają
się w oczy. Od pewnego czasu stanowi stały element dziennego
makijażu, gdy nie wiem, którą szminką podkreślić usta, sięgam
po dojrzałą malinę. Jej największym atutem jest trwałość, z
moich warg znika dopiero po 6-8 godzinach.
Golden Rose Velvet Matte pomadka nr 16
Czasem
zdarza mi się zaszaleć z makijażem oczu i wówczas pojawia się
problem, jaką szminką podkreślić usta. Czerwienie i fuksje
odpadają, ponieważ stanowiłyby konkurencję dla cieni do powiek. W
związku z tym zdecydowałam się na jasnobrązową szminkę, która
na ustach wygląda bardzo naturalnie. Moja mama od dobrych kilku
miesięcy używa pomadki Golden Rose Velvet Matt nr 16 i jest z niej
bardzo zadowolona, więc długo się nie zastanawiałam nad wyborem
odcienia i marki. Szminka charakteryzuje się świetną jakością,
na moich wargach utrzymuje się przez kilka godzin, później
równomiernie znika z ust. Jej dodatkowym atutem jest niska cena, za
pomadkę Golden Rose Velvet Matte zapłaciłam niespełna 10 zł.
Eveline Celebrities pomadka do ust nr 602
Nie
potrafię oprzeć się czerwieni, gdy widzę bluzkę lub szminkę w
swoim ulubionym kolorze, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że
przyniosę ją ze sobą do domu. Na pomadkę Eveline zdecydowałam
się ze względu na odcień. Powoli przekonuję się do czerwieni w
cieplejszym wydaniu i chętnie eksperymentuję. Choć kolor szminki
okazał się niezwykle udany, rozczarowała mnie jej jakość. Po raz
pierwszy mam do czynienia ze szminką, która tak szybko znika z ust,
na dodatek robi to nierównomiernie. Nie przekreślam jej jednak
całkowicie, dam jej jeszcze jedną szansę, ale obawiam się, że
ten typ tak ma i trudno będzie nam nawiązać owocną współpracę.
My Secret 300% Sensual Volume Mascara
Bardzo
lubię maskary My Secret. Pomimo niskiej ceny zapewniają pożądany
efekt, nie osłabiają rzęs i chętnie współpracują z delikatnymi
płynami micelarnymi. Jako alergiczka doceniam również fakt, iż
dotychczas stosowane tusze nigdy nie podrażniły moich oczu. Czy z
nową maskarą My Secret będzie podobnie? O tym przekonam się już
niebawem, gdy spożytkuję napoczęty tusz. Producent obiecuje efekt
pogrubienia, a moim rzęsom zdecydowanie brakuje objętości.
Opakowanie maskary przypomina mi Maybelline Colossal. Czy tylko ja
mam takie skojarzenia?
Pierre Rene pędzel do pudru
Od
kilku lat używam pędzla kabuki Real Techniques, z perspektywy czasu
wiem, iż dokonałam właściwego wyboru. Dzięki niemu aplikacja
minerałów przebiega szybko i sprawnie, a ja cieszę się naturalnym
efektem. Niestety, zimą pędzle schną stosunkowo długo, więc
potrzebowałam zamiennika dla Real Techniques. Zdecydowałam się na
łatwo dostępny i tani pędzel do pudru Pierre Rene. Pozwala on na
precyzyjną i staranną aplikację podkładu mineralnego, ale posiada
pewną wadę, która całkowicie dyskwalifikuje go w moich oczach.
Otóż pędzel do pudru Pierre Rene okropnie gubi włosie, co na
dłuższą metę jest niezwykle uciążliwe. Na szczęście niebawem
moje męki zakończą się. W najbliższych dniach zamierzam zamówić
zestaw pędzli Zoeva.
Kobo Professional Highlighter Powder nr 310 Moonlight
Potrzebowałam
sporo czasu, aby przekonać się do rozświetlaczy. W związku z tym,
iż moja cera wykazuje tendencję do przetłuszczania, wychodziłam z
założenia, że nie potrzebuje ona dodatkowego blasku. Pod koniec
studiów nieoczekiwanie zmieniłam swoje nastawienie do rozświetlaczy
za sprawą idealnej, srebrnej tafli, którą co tydzień mogłam
podziwiać na twarzy mojej wykładowczyni. Chciałam uzyskać
identyczny efekt, więc rozpoczęłam intensywne poszukiwania
odpowiedniego kosmetyku. Moim oczekiwaniom najlepiej sprostał
rozświetlacz w płynie rodzimej firmy Inglot. W miarę upływu czasu
moja kolekcja systematycznie powiększała się o kolejne produkty
dodające skórze zdrowego blasku. Kilka tygodni temu w mojej
kosmetyczce zagościł Kobo Professional Highlighter Powder nr 310
Moonlight. Choć nie zdążyłam jeszcze wyrobić sobie zdania na
jego temat, na razie nie mam większych zastrzeżeń do
rozświetlacza. Na próżno szukać w nim brokatu, drobno zmielone
cząsteczki tworzą lśniącą taflę utrzymaną w chłodnej tonacji.
karminowe.usta
Kosmetyczne odkrycia 2014 roku - kolorówka i produkty do pielęgnacji włosów
2014 rok obfitował w kosmetyczne odkrycia, poznałam świetne pomadki w niskiej cenie i lakiery do paznokci, które na mojej płytce utrzymują się przez tydzień. Nie mogę też narzekać na odżywki i maski do włosów, w moje ręce trafiły produkty, które zdetronizowały dotychczasowych ulubieńców. O jakich specyfikach mowa?
Sylveco odbudowujący szampon do włosów pszeniczno-owsiany
To kolejny, a zarazem
ostatni kosmetyk firmy Sylveco, który trafił do grona ulubieńców
2014 roku. Gdy sięgałam po szampon odbudowujący, początkowo
obawiałam się, że nie poradzi sobie z grubą warstwą silikonów,
jakie pozostawiła po sobie drogeryjna odżywka. Tymczasem specyfik,
pomimo iż zawiera wyłącznie delikatne detergenty, świetnie
poradził sobie z tym zadaniem. Szampon pszeniczno-owsiany
doskonale oczyszcza włosy. Jestem zadowolona z niego do tego
stopnia, iż zrezygnowałam ze stosowania silniej działających
produktów. Skoro przez kilka miesięcy stosowania moje włosy nigdy
nie sprawiały wrażenie oklapniętych i pozbawionych objętości, to
nie widzę potrzeby katowania ich SLES. Szampon Sylveco nigdy
nie podrażnił mojego skalpu, niebawem zaprezentuję go w odrębnej
recenzji.
Balea maska do włosów z figą i perłami
Rok 2014 upłynął mi
pod znakiem testowania produktów Balea. Część
przywiezionych przez kuzyna kosmetyków okazała się niewypałem,
ale przy okazji odkryłam też parę perełek. Jedną z nich jest
niewątpliwie maska do włosów z figą i perłami. Gdy po raz
pierwszy otworzyłam słoiczek, miałam ogromną wątpliwości, czy
wodnista, biała emulsja poradzi sobie z moimi suchymi kosmykami.
Tymczasem specyfik Balea zdetronizował mojego dotychczasowego
ulubieńca, maskę do włosów z granatem i aloesem Alterra. Kosmetyk
z figą i perłami świetnie nawilża moje suche pasma. Za sprawą
maski włosy ulegają wygładzeniu i zmiękczeniu, nie pamiętam,
kiedy moje końcówki były tak przyjemne w dotyku. Jednocześnie
specyfik Balea nadaje kosmykom intensywny, zdrowy połysk. Moje
zastrzeżenia budzi jedynie opakowanie, ma zbyt małą średnicę i
zbyt wysokie ścianki, by bez problemu wydobyć resztki produktu.
Balea odżywka do włosów z figą i perłami
Moje włosy bardzo ją
polubiły, aczkolwiek odżywka wypada nieco słabiej niż maska z tej
samej serii. Dobrze nawilża włosy, całkiem przyzwoicie je
wygładza, ale znam produkty, które spisują się nieco lepiej. Mimo
to uważam, że warto wypróbować odżywkę z figą i perłami,
ponieważ rzeczywiście poprawia kondycję kosmyków. Drogeryjne
specyfiki lepiej wygładzają pasma, ale nie regenerują włosów.
Oczywiście żaden specyfik nie naprawi rozdwojonych końcówek, te
po prostu trzeba ściąć, ale może poradzić sobie z przesuszonymi
kosmykami i przywrócić im blask. Jeśli Wasze włosy nie znajdują
się w najlepszym stanie, to warto dostarczyć im solidnej porcji
emolientów, które znajdują się w odżywce z figą i perłami.
Wellness & Beauty perełki do kąpieli z kwiatem czereśni i róży
Kosmetyki Wellness &
Beauty do tej pory omijałam szerokim łukiem, ich opakowania nie
wyglądały zbyt atrakcyjnie i nie zachęcały do zakupu. Jednak
jakiś czas temu marka została poddana metamorfozie i sporo na tym
zyskała. Na blogach natknęłam się na wiele pozytywnych opinii
nt. lotionów do rąk, olejków do kąpieli oraz peelingów
cukrowo-solnych. Lubię umilać sobie życie, dlatego gdy zobaczyłam
różowe perełki do kąpieli, wiedziałam, że muszę je
wypróbować. Ich skład prezentował się obiecująco. Choć perełki
nie należą do najtańszych, za jeden słoiczek, którego zawartość
pozwala przygotować trzy, w porywach cztery aromatyzujące kąpiele,
musimy zapłacić ok. 9 zł. Inwestycja okazała się strzałem w
dziesiątkę. Perełki roztaczają niezwykle przyjemny, kwiatowy
zapach. Nuty charakterystyczne dla róży przeplatają się z
aromatem kwiatów czereśni, wprowadzając mnie w błogi stan.
Kamill płyn do kąpieli Wild Rose Milk
To kolejny umilacz
kąpieli, który ma za zadanie pomóc mi przetrwać do wiosny. Zima
to dla mnie najgorsza pora roku, śnieg, mróz, wiatr i szybko
zapadający zmrok sprawiają, że często dopada chandra. W związku
z tym, iż nie zamierzam poddać się przygnębieniu, sprawiam sobie
drobne przyjemności. Jedną z nich jest aromatyczna kąpiel. Jako
miłośniczka kwiatowych kompozycji z przyjemnością korzystałam z
dobrodziejstw płynu do kąpieli Kamill Wild Rose Milk. Długo
zastanawiałam się, z czym kojarzy mi się ten zapach, w końcu
odkryłam, że z wiosną i babcinym ogrodem. Producentowi udało się
oddać woń dzikiej róży, która wyraźnie różni się od tej,
jaką roztaczają kwiaty ozdobne. Płyn zapewnia kąpiel z dużą
ilością piany.
Bielenda olejek do kąpieli z trawą cytrynową i zieloną herbatą
Bardzo lubię ten olejek,
ponieważ jego zapach jest zbliżony do wody perfumowanej Green Tea
Elizabeth Arden, której używała moja przyjaciółka. Ta woń budzi
we mnie wyłącznie pozytywne emocje i przenosi w beztroskie czasy
studiów, które obfitowały w wiele zabawnych wydarzeń. Olejek
sprawia, iż wanna wypełnia się pianą. Pomimo obecności SLES nie
wysusza skóra, ba, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że
delikatnie ją nawilża. Za każdym razem, gdy chcę poprawić sobie
humor, sięgam po olejek do kąpieli z trawą cytrynową i zieloną
herbatą.
Róż Annabelle Minerals „Romantic”
Kiedyś nie wyobrażałam
sobie, że mogłabym nałożyć róż na policzki, dziś nie potrafię
się bez niego obejść. Oczywiście zdarza mi się wyjść z domu
bez makijażu, ale gdy już decyduję się na jego nałożenie, muszę
ożywić policzki. W związku z tym, iż moje tempo zużywania
kolorówki nie jest zawrotne, stawiam na minerały. To świetne
rozwiązanie dla osób, które obawiają się, że w terminie
przewidzianym przez producenta nie zdążą spożytkować specyfiku.
Minerały nie psują się, ponieważ nie zawierają składników,
dzięki którym mogłyby się rozwijać bakterie czy grzyby. Jeśli
nie wkładamy do proszku brudnego pędzla czy palców, to możemy
korzystać z jego dobrodziejstw przez wiele lat. „Romantic” to
odcień idealny, ponieważ jest niezwykle delikatny i świetnie
komponuje się z bladą cerą. Jasny, chłodny róż ożywia twarz w
sposób naturalny, nieprzerysowany. Choć sprawia wrażenie matowego,
drobinki niewidoczne na pierwszy rzut oka dyskretnie odbijają
światło.
Golden Rose Velvet Matt nr 11, 13, 14, 16, 20
Jestem pomadkomaniaczką
i nie zamierzam walczyć z tym nałogiem. Spośród wielu dokończeń
dostępnych na rynku w sposób szczególny upodobałam sobie maty.
Gdy w drogeriach pojawiły się pomadki Golden Rose, musiałam
je wypróbować. Początkowo wybrałam dla siebie 3 odcienie: nr 11
(piękna malinowa czerwień), nr 13 (fuksja) i nr 20 (bordo). W
związku z tym, iż szminki okazały się świetnie napigmentowane i
trwałe, poczułam potrzebę powiększenia kolekcji o kolejne dwa
sztyfty. Tym razem wybór padł na nr 14 (kolor dojrzałej maliny) i
nr 16 (brąz). Wprawdzie poszczególne odcienie nieco różnią się
jakością, nr 20 jest dość tępy, co utrudnia aplikację, ale
jestem z nich zadowolona. Na moich ustach utrzymują się co najmniej
kilka godzin. O dziwo, dobrze znoszą picie i drobne podjadanie. Z
warg znikają równomiernie, warto jednak pamiętać o systematycznym
nawilżaniu ust, ponieważ pomadki o matowym wykończeniu wysuszają
skórę.
Vipera Elite Matt pomadka do ust nr 109 Hibiskus Tree
Długo poszukiwałam
ciemnofioletowej, matowej pomadki, gdy zdążyłam o zapomnieć o
swoim kosmetycznym chciejstwie, w centrum handlowym natknęłam się
na stoisko Vipery. Oczywiście nie mogłam przejść
obojętnie obok pomadek. Przyjrzałam się poszczególnym odcieniom i
wybrałam dla siebie dwa, w tym Hibiskus Tree, który okazał
się strzałem w dziesiątkę. Matowe szminki Vipery różnią się
trwałością od swoich kuzynek z Golden Rose, na moich ustach
utrzymują się nieco krócej, ale i tak wynik ten uważam za
satysfakcjonujący. Wracając do Hibiskus Tree to wspomniany
odcień przypomina mi jagodowy koktajl i tak też prezentuje się na
ustach. Szminka z pewnością doczeka się szczegółowej prezentacji
w odrębnym poście.
L`Oreal Volume Million Lashes So Couture tusz do rzęs
Byłam sceptycznie
nastawiona do kolorówki L`Oreal, ponieważ kosmetyki tej firmy w
najlepszym przypadku wypadały dość przeciętnie. Czasem warto
jednak zrewidować swoje przekonania i dać jeszcze jedną szansę,
maskara Volume Million Lashes So Couture jest tego najlepszym
dowodem. Tusz od początku miał odpowiednią konsystencję i nadawał
się do użytku. Nie przepadam za maskarami, które muszą odleżeć
kilkanaście dni, zanim zagoszczą na rzęsach. Aplikator dołączony
do tuszu pozwala dokładnie rozdzielić włoski. Kosmetyk L`Oreal
nadaje głębię spojrzeniu, wyraźnie pogrubiając rzęsy. Jego
dodatkowym atutem jest apetyczny, czekoladowy zapach.
Wibo Deep Black eyeliner
Kreska wykonana wzdłuż
górnej powieki nigdy nie była moją domeną, gdyż przejawiam słabe
zdolności manualne. Wiele dobrego słyszałam o eyelinerze Wibo,
M.:* korzystając z jego dobrodziejstw, uczyła się malować
jaskółki. Dziś jest mistrzynią w tej materii. Wprawdzie ja nie
potrafię odtworzyć jej dzieła, ale dzięki eyelinerowi Wibo
przekonałam się do kreski. Trening czyni mistrza, więc wszystko
przede mną. Teraz przynajmniej wiem, jaki powinien być pędzelek,
abym potrafiła się nim posługiwać. Eyeliner Deep Black
pozwala uzyskać czarną kreskę wolną od prześwitów.
Sensique lakiery do paznokci Art Nails
Choć odkryłam je
stosunkowo niedawno, postanowiłam wspomnieć o nich w podsumowaniu
minionego roku. Na co dzień raczej stronię od brokatów, ale gdy
pozwalają uzyskać niecodzienny efekt, robię wyjątek. Wszystko
zaczęło się od fioletu (nr 192), koleżanka miała go na
paznokciach, wyglądał obłędnie, więc poprosiłam ją o podanie
nazwy lakieru. Nie byłabym sobą, gdybym przy pierwszej nadarzającej
się okazji, nie kupiła tej emalii, korzystając z pomocy dobrej
duszy:) W związku z tym, iż fiolet na moich paznokciach przetrwał
bez uszczerbku 6 dni, a jego aplikacja jest łatwa i przyjemna,
zdecydowałam się powiększyć kolekcję lakierów o „Pink Frost”, emalię, która przypomina oszroniony róż. Najnowszy
nabytek również mnie nie zawiódł, szybko schnie, na jego korzyść
przemawia również 6-dniowa trwałość. Marzy mi się czerń, ale
ta od pewnego czasu jest niedostępna, mam nadzieję, że niebawem w
pobliskich Drogeriach Natura uzupełnią braki.
Joko lakiery do paznokci „Find Your Color”
Kremowe lakiery Joko z
serii „Find Your Color” świetnie współpracują z moją
płytką. Na paznokciach utrzymują się od kilku dni do tygodnia,
szybko schną i ładnie połyskują. Dodatkowym atutem emalii z tej
serii jest szerokim pędzelek, który znacznie usprawnia aplikację.
Jako posiadaczka szerokiej płytki cenię sobie tego typu
rozwiązania.
Lancome Tresor Midnight Rose
To najlepszy dowód, że
drogeriom opłaca się dorzucać do zakładów gratisy w postaci
próbek perfum. Na Lancome Tresor Midnight Rose być może
nigdy nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie niewielka buteleczka z
atomizerem, którą otrzymałam w Douglasie jako miły dodatek do
zakupów kolorówki. Róża w towarzystwie maliny jest niezwykle
intrygująca, zmysłowa i kobieca. Próbka wystarczyła, aby
przekonać mnie do zakupu pełnowymiarowego flakoniku, który
notabene zdobi toaletkę, ciesząc przy tym oko. Fioletowa róża na
gumce to dość oryginalny pomysł, ale w tym przypadku niezwykle
trafiony.
karminowe.usta
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
%2B.png)

.png)
.png)

.png)
.png)
.png)

.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)

.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
-001.png)

.png)
.png)
.png)

.png)
.png)
.png)





.png)


.png)
.png)
.png)
.png)



.png)
.png)
.png)
.png)










.png)
.png)
.png)
.png)