Częstotliwość, z jaką
publikuję notki poświęconym najnowszym zdobyczom, mogłaby
sugerować, że zmagam się z zaawansowaną postacią zakupoholizmu.
Trudno jednak oprzeć się szminkom w ciekawych odcieniach i
kwiatowym umilaczom kąpieli. Dzisiaj prezentuję kosmetyki, które
zasiliły moją toaletkę w ostatnich tygodniach. W przyszłym
tygodniu zamierzam zaprezentować pędzle i bazę pod cienie. Nie
chciałam jednak zwlekać z notką poświęconą pomadkowym nabytkom,
ponieważ wśród nich przeważają odcienie idealne na wiosnę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trwałe pomadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trwałe pomadki. Pokaż wszystkie posty
Pomadki idealne na wiosnę – neonowy koral i marchewkowa czerwień
Kosmetyczne odkrycia 2014 roku - kolorówka i produkty do pielęgnacji włosów
2014 rok obfitował w kosmetyczne odkrycia, poznałam świetne pomadki w niskiej cenie i lakiery do paznokci, które na mojej płytce utrzymują się przez tydzień. Nie mogę też narzekać na odżywki i maski do włosów, w moje ręce trafiły produkty, które zdetronizowały dotychczasowych ulubieńców. O jakich specyfikach mowa?
Sylveco odbudowujący szampon do włosów pszeniczno-owsiany
To kolejny, a zarazem
ostatni kosmetyk firmy Sylveco, który trafił do grona ulubieńców
2014 roku. Gdy sięgałam po szampon odbudowujący, początkowo
obawiałam się, że nie poradzi sobie z grubą warstwą silikonów,
jakie pozostawiła po sobie drogeryjna odżywka. Tymczasem specyfik,
pomimo iż zawiera wyłącznie delikatne detergenty, świetnie
poradził sobie z tym zadaniem. Szampon pszeniczno-owsiany
doskonale oczyszcza włosy. Jestem zadowolona z niego do tego
stopnia, iż zrezygnowałam ze stosowania silniej działających
produktów. Skoro przez kilka miesięcy stosowania moje włosy nigdy
nie sprawiały wrażenie oklapniętych i pozbawionych objętości, to
nie widzę potrzeby katowania ich SLES. Szampon Sylveco nigdy
nie podrażnił mojego skalpu, niebawem zaprezentuję go w odrębnej
recenzji.
Balea maska do włosów z figą i perłami
Rok 2014 upłynął mi
pod znakiem testowania produktów Balea. Część
przywiezionych przez kuzyna kosmetyków okazała się niewypałem,
ale przy okazji odkryłam też parę perełek. Jedną z nich jest
niewątpliwie maska do włosów z figą i perłami. Gdy po raz
pierwszy otworzyłam słoiczek, miałam ogromną wątpliwości, czy
wodnista, biała emulsja poradzi sobie z moimi suchymi kosmykami.
Tymczasem specyfik Balea zdetronizował mojego dotychczasowego
ulubieńca, maskę do włosów z granatem i aloesem Alterra. Kosmetyk
z figą i perłami świetnie nawilża moje suche pasma. Za sprawą
maski włosy ulegają wygładzeniu i zmiękczeniu, nie pamiętam,
kiedy moje końcówki były tak przyjemne w dotyku. Jednocześnie
specyfik Balea nadaje kosmykom intensywny, zdrowy połysk. Moje
zastrzeżenia budzi jedynie opakowanie, ma zbyt małą średnicę i
zbyt wysokie ścianki, by bez problemu wydobyć resztki produktu.
Balea odżywka do włosów z figą i perłami
Moje włosy bardzo ją
polubiły, aczkolwiek odżywka wypada nieco słabiej niż maska z tej
samej serii. Dobrze nawilża włosy, całkiem przyzwoicie je
wygładza, ale znam produkty, które spisują się nieco lepiej. Mimo
to uważam, że warto wypróbować odżywkę z figą i perłami,
ponieważ rzeczywiście poprawia kondycję kosmyków. Drogeryjne
specyfiki lepiej wygładzają pasma, ale nie regenerują włosów.
Oczywiście żaden specyfik nie naprawi rozdwojonych końcówek, te
po prostu trzeba ściąć, ale może poradzić sobie z przesuszonymi
kosmykami i przywrócić im blask. Jeśli Wasze włosy nie znajdują
się w najlepszym stanie, to warto dostarczyć im solidnej porcji
emolientów, które znajdują się w odżywce z figą i perłami.
Wellness & Beauty perełki do kąpieli z kwiatem czereśni i róży
Kosmetyki Wellness &
Beauty do tej pory omijałam szerokim łukiem, ich opakowania nie
wyglądały zbyt atrakcyjnie i nie zachęcały do zakupu. Jednak
jakiś czas temu marka została poddana metamorfozie i sporo na tym
zyskała. Na blogach natknęłam się na wiele pozytywnych opinii
nt. lotionów do rąk, olejków do kąpieli oraz peelingów
cukrowo-solnych. Lubię umilać sobie życie, dlatego gdy zobaczyłam
różowe perełki do kąpieli, wiedziałam, że muszę je
wypróbować. Ich skład prezentował się obiecująco. Choć perełki
nie należą do najtańszych, za jeden słoiczek, którego zawartość
pozwala przygotować trzy, w porywach cztery aromatyzujące kąpiele,
musimy zapłacić ok. 9 zł. Inwestycja okazała się strzałem w
dziesiątkę. Perełki roztaczają niezwykle przyjemny, kwiatowy
zapach. Nuty charakterystyczne dla róży przeplatają się z
aromatem kwiatów czereśni, wprowadzając mnie w błogi stan.
Kamill płyn do kąpieli Wild Rose Milk
To kolejny umilacz
kąpieli, który ma za zadanie pomóc mi przetrwać do wiosny. Zima
to dla mnie najgorsza pora roku, śnieg, mróz, wiatr i szybko
zapadający zmrok sprawiają, że często dopada chandra. W związku
z tym, iż nie zamierzam poddać się przygnębieniu, sprawiam sobie
drobne przyjemności. Jedną z nich jest aromatyczna kąpiel. Jako
miłośniczka kwiatowych kompozycji z przyjemnością korzystałam z
dobrodziejstw płynu do kąpieli Kamill Wild Rose Milk. Długo
zastanawiałam się, z czym kojarzy mi się ten zapach, w końcu
odkryłam, że z wiosną i babcinym ogrodem. Producentowi udało się
oddać woń dzikiej róży, która wyraźnie różni się od tej,
jaką roztaczają kwiaty ozdobne. Płyn zapewnia kąpiel z dużą
ilością piany.
Bielenda olejek do kąpieli z trawą cytrynową i zieloną herbatą
Bardzo lubię ten olejek,
ponieważ jego zapach jest zbliżony do wody perfumowanej Green Tea
Elizabeth Arden, której używała moja przyjaciółka. Ta woń budzi
we mnie wyłącznie pozytywne emocje i przenosi w beztroskie czasy
studiów, które obfitowały w wiele zabawnych wydarzeń. Olejek
sprawia, iż wanna wypełnia się pianą. Pomimo obecności SLES nie
wysusza skóra, ba, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że
delikatnie ją nawilża. Za każdym razem, gdy chcę poprawić sobie
humor, sięgam po olejek do kąpieli z trawą cytrynową i zieloną
herbatą.
Róż Annabelle Minerals „Romantic”
Kiedyś nie wyobrażałam
sobie, że mogłabym nałożyć róż na policzki, dziś nie potrafię
się bez niego obejść. Oczywiście zdarza mi się wyjść z domu
bez makijażu, ale gdy już decyduję się na jego nałożenie, muszę
ożywić policzki. W związku z tym, iż moje tempo zużywania
kolorówki nie jest zawrotne, stawiam na minerały. To świetne
rozwiązanie dla osób, które obawiają się, że w terminie
przewidzianym przez producenta nie zdążą spożytkować specyfiku.
Minerały nie psują się, ponieważ nie zawierają składników,
dzięki którym mogłyby się rozwijać bakterie czy grzyby. Jeśli
nie wkładamy do proszku brudnego pędzla czy palców, to możemy
korzystać z jego dobrodziejstw przez wiele lat. „Romantic” to
odcień idealny, ponieważ jest niezwykle delikatny i świetnie
komponuje się z bladą cerą. Jasny, chłodny róż ożywia twarz w
sposób naturalny, nieprzerysowany. Choć sprawia wrażenie matowego,
drobinki niewidoczne na pierwszy rzut oka dyskretnie odbijają
światło.
Golden Rose Velvet Matt nr 11, 13, 14, 16, 20
Jestem pomadkomaniaczką
i nie zamierzam walczyć z tym nałogiem. Spośród wielu dokończeń
dostępnych na rynku w sposób szczególny upodobałam sobie maty.
Gdy w drogeriach pojawiły się pomadki Golden Rose, musiałam
je wypróbować. Początkowo wybrałam dla siebie 3 odcienie: nr 11
(piękna malinowa czerwień), nr 13 (fuksja) i nr 20 (bordo). W
związku z tym, iż szminki okazały się świetnie napigmentowane i
trwałe, poczułam potrzebę powiększenia kolekcji o kolejne dwa
sztyfty. Tym razem wybór padł na nr 14 (kolor dojrzałej maliny) i
nr 16 (brąz). Wprawdzie poszczególne odcienie nieco różnią się
jakością, nr 20 jest dość tępy, co utrudnia aplikację, ale
jestem z nich zadowolona. Na moich ustach utrzymują się co najmniej
kilka godzin. O dziwo, dobrze znoszą picie i drobne podjadanie. Z
warg znikają równomiernie, warto jednak pamiętać o systematycznym
nawilżaniu ust, ponieważ pomadki o matowym wykończeniu wysuszają
skórę.
Vipera Elite Matt pomadka do ust nr 109 Hibiskus Tree
Długo poszukiwałam
ciemnofioletowej, matowej pomadki, gdy zdążyłam o zapomnieć o
swoim kosmetycznym chciejstwie, w centrum handlowym natknęłam się
na stoisko Vipery. Oczywiście nie mogłam przejść
obojętnie obok pomadek. Przyjrzałam się poszczególnym odcieniom i
wybrałam dla siebie dwa, w tym Hibiskus Tree, który okazał
się strzałem w dziesiątkę. Matowe szminki Vipery różnią się
trwałością od swoich kuzynek z Golden Rose, na moich ustach
utrzymują się nieco krócej, ale i tak wynik ten uważam za
satysfakcjonujący. Wracając do Hibiskus Tree to wspomniany
odcień przypomina mi jagodowy koktajl i tak też prezentuje się na
ustach. Szminka z pewnością doczeka się szczegółowej prezentacji
w odrębnym poście.
L`Oreal Volume Million Lashes So Couture tusz do rzęs
Byłam sceptycznie
nastawiona do kolorówki L`Oreal, ponieważ kosmetyki tej firmy w
najlepszym przypadku wypadały dość przeciętnie. Czasem warto
jednak zrewidować swoje przekonania i dać jeszcze jedną szansę,
maskara Volume Million Lashes So Couture jest tego najlepszym
dowodem. Tusz od początku miał odpowiednią konsystencję i nadawał
się do użytku. Nie przepadam za maskarami, które muszą odleżeć
kilkanaście dni, zanim zagoszczą na rzęsach. Aplikator dołączony
do tuszu pozwala dokładnie rozdzielić włoski. Kosmetyk L`Oreal
nadaje głębię spojrzeniu, wyraźnie pogrubiając rzęsy. Jego
dodatkowym atutem jest apetyczny, czekoladowy zapach.
Wibo Deep Black eyeliner
Kreska wykonana wzdłuż
górnej powieki nigdy nie była moją domeną, gdyż przejawiam słabe
zdolności manualne. Wiele dobrego słyszałam o eyelinerze Wibo,
M.:* korzystając z jego dobrodziejstw, uczyła się malować
jaskółki. Dziś jest mistrzynią w tej materii. Wprawdzie ja nie
potrafię odtworzyć jej dzieła, ale dzięki eyelinerowi Wibo
przekonałam się do kreski. Trening czyni mistrza, więc wszystko
przede mną. Teraz przynajmniej wiem, jaki powinien być pędzelek,
abym potrafiła się nim posługiwać. Eyeliner Deep Black
pozwala uzyskać czarną kreskę wolną od prześwitów.
Sensique lakiery do paznokci Art Nails
Choć odkryłam je
stosunkowo niedawno, postanowiłam wspomnieć o nich w podsumowaniu
minionego roku. Na co dzień raczej stronię od brokatów, ale gdy
pozwalają uzyskać niecodzienny efekt, robię wyjątek. Wszystko
zaczęło się od fioletu (nr 192), koleżanka miała go na
paznokciach, wyglądał obłędnie, więc poprosiłam ją o podanie
nazwy lakieru. Nie byłabym sobą, gdybym przy pierwszej nadarzającej
się okazji, nie kupiła tej emalii, korzystając z pomocy dobrej
duszy:) W związku z tym, iż fiolet na moich paznokciach przetrwał
bez uszczerbku 6 dni, a jego aplikacja jest łatwa i przyjemna,
zdecydowałam się powiększyć kolekcję lakierów o „Pink Frost”, emalię, która przypomina oszroniony róż. Najnowszy
nabytek również mnie nie zawiódł, szybko schnie, na jego korzyść
przemawia również 6-dniowa trwałość. Marzy mi się czerń, ale
ta od pewnego czasu jest niedostępna, mam nadzieję, że niebawem w
pobliskich Drogeriach Natura uzupełnią braki.
Joko lakiery do paznokci „Find Your Color”
Kremowe lakiery Joko z
serii „Find Your Color” świetnie współpracują z moją
płytką. Na paznokciach utrzymują się od kilku dni do tygodnia,
szybko schną i ładnie połyskują. Dodatkowym atutem emalii z tej
serii jest szerokim pędzelek, który znacznie usprawnia aplikację.
Jako posiadaczka szerokiej płytki cenię sobie tego typu
rozwiązania.
Lancome Tresor Midnight Rose
To najlepszy dowód, że
drogeriom opłaca się dorzucać do zakładów gratisy w postaci
próbek perfum. Na Lancome Tresor Midnight Rose być może
nigdy nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie niewielka buteleczka z
atomizerem, którą otrzymałam w Douglasie jako miły dodatek do
zakupów kolorówki. Róża w towarzystwie maliny jest niezwykle
intrygująca, zmysłowa i kobieca. Próbka wystarczyła, aby
przekonać mnie do zakupu pełnowymiarowego flakoniku, który
notabene zdobi toaletkę, ciesząc przy tym oko. Fioletowa róża na
gumce to dość oryginalny pomysł, ale w tym przypadku niezwykle
trafiony.
karminowe.usta
Zaspokajamy chciejstwa. Zakupy (nie) tylko kosmetyczne
Od pewnego czasu do
zakupów podchodzę racjonalnie, nie przynoszę do domu lakierów i
cieni nabytych pod wpływem impulsu. Gdy coś wpadnie mi w oko,
zapamiętuję nazwę i do tematu wracam po kilku dniach. To
rozwiązanie zdaje u mnie egzamin, do domu przynoszę tylko te
rzeczy, których naprawdę potrzebuję. Nic nie leży odłogiem,
czekając na lepsze czasy. Co zasiliło moją kosmetyczkę, i nie
tylko, w ostatnim czasie?
Vipera Elite Matt pomadka nr 109 Hibiskus Tree
Mogłoby się wydawać, że kupiłam dwa bliźniacze odcienie. W rzeczywistości Hibiskus Tree bardziej wpada w fiolet niż Berry Deluxe. Ta druga przypomina sok wyciśnięty z borówek, podczas gdy pod numerem 109 kryje się odcień zbliżony do skórki tych smakowitych owoców. Hibiskus Tree miałam okazję wypróbować na ustach, nasza znajomość zapowiada się obiecująco. Szminka gładko sunie po wargach i jest świetnie napigmentowana. Nie wykazuje tendencji do migracji, charakteryzuje się przyzwoitą trwałością, aczkolwiek ściera się podczas jedzenia i picia. W przypadku pomadki Vipery nie mamy do czynienia z typowym matem, pozostawia ona satynowe wykończenie. Mnie to nie przeszkadza, ponieważ na ustach wygląda elegancko.
Vipera Elite Matt pomadka nr 108 Berry Deluxe
Szminka wpadająca w
fiolet chodziła za mną od dobrych kilku miesięcy. Niestety, nie
potrafiłam znaleźć takiej, która spełniałaby moje oczekiwania.
Fiolet chyba nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród
konsumentek, o czym świadczy jego podaż. Większość firm stawia
na bezpieczniejsze odcienie, nic dziwnego, że na realizację
kosmetycznego chciejstwa przyszło mi trochę poczekać. Wielokrotnie
odwiedzałam Douglasa, ale nie widziałam nic sensownego. Fioletowe
pomadki były jasne, perłowe lub słabo kryjące. Z kolei „idealny”
odcień wyprodukowany dla Sephory rozprowadzał się nierównomiernie.
Wprawdzie tę szminkę przed wyrzuceniem uratował bezbarwny balsam
Kobo, ale pomimo wsparcia z zewnątrz jej jakość wciąż pozostawia
sporo do życzenia. Do pomadek Golden Rose z serii Vision Lipstick
nie mam dostępu, na szczęście kilka miesięcy temu w centrum
handlowym na obrzeżach miasta pojawiła się wyspa Vipery. Gdy
ujrzałam ciemny fiolet o matowym wykończeniu i świetnej
pigmentacji, nie wahałam się ani przez chwilę. Wiedziałam, że
muszę go mieć. Niestety, ze względu na opryszczkę nie było mi
dane wypróbować tego odcienia. Mam nadzieję, że pozostałość po
„zimnie” niebawem zniknie z górnej wargi i będę mogła
wypróbować najnowsze nabytki.
Annabelle Minerals róż mineralny „Romantic”
Aż trudno uwierzyć, że
kiedyś nie używałam różu. Ba, wzbraniałam się przed aplikacją
tego kosmetyku, obawiając się efektu matrioszki. Dziś nie
wyobrażam sobie, że w mojej kosmetyczce mogłoby zabraknąć różu.
Gdy na makijaż mogę przeznaczyć nieco więcej czasu, ożywiam
policzki jasnym, stonowanym odcieniem. W związku z tym, iż od
pewnego czasu skłaniam się ku makijażowi mineralnemu, „Romantic”
rozbudził uśpione pokłady chciejstwa. Mam jasną cerę, toteż
stawiam na subtelne odcienie, którymi nie można zrobić sobie
krzywdy. „Romantic” idealnie wpisuje się w moje oczekiwania. Na
swatchach dostępnych w internecie nierzadko zlewa się ze skórą.
Na moich policzkach nie jest tak subtelny, tworzy zdrowy, naturalny
rumieniec. Wstępne testy zwiastują długą i owocną znajomość.
Annabelle Minerals róż mineralny „Rose”
Gdy składałam
zamówienie, obawiałam się, iż „Romantic” będzie zlewał się
ze skórą. W związku z tym, iż zachowanie minerałów trudno
przewidzieć, postanowiłam dorzucić do wirtualnego koszyka odcień
„Rose”. Założyłam, że któryś z nich sprawdzi się w
przypadku mojej karnacji. „Rose” to nieco żywszy róż,
niezwykle twarzowy i uniwersalny. Chętnie po niego sięgam, ponieważ
świetnie ożywia lico. Na policzkach utrzymuje się przez
kilkanaście godzin, w tym czasie oksyduje, na szczęście pod
wieczór nie przypomina dorodnej cegły. Nie żałuję, że złożyłam
większe zamówienie, niż pierwotnie zakładałam.
![]() |
| 1- Lily Lolo "Surfer Girl", 2 - Annabelle Minerals "Rose", 3- Annabelle Minerals "Romantic" |
Annabelle Minerals podkład matujący Golden Dark
Z pewnością
zastanawiacie się, dlaczego wybrałam tak ciemny odcień. Od pewnego
czasu bezskutecznie poszukuję bronzera. Mój ulubieniec z Alverde
sięgnął dna, a nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie
odwiedziła DM. Ciemniejszy podkład może z powodzeniem zastąpić
puder brązujący pod warunkiem, że trafimy z odcieniem. W związku
z tym, iż Golden Dark nie doczekał się zbyt wielu zdjęć, zdałam
się na intuicję. Wspomniany odcień przypomina ciemniejszą połówkę
bronzera Alverde. Nie jest zbyt ciepły, na próżno szukać w nim
ceglastych tonów. Aczkolwiek praca z nim wymaga cierpliwości i
aptekarskiej precyzji. Używając Golden Dark nietrudno o ciemną
plamę, która nie chce współpracować z pędzlem do blendowania.
Uważam jednak, iż podkładowi warto dać jeszcze jedną szansę.
Kto wie, może uda mi się wypracować odpowiedni sposób aplikacji?
Eveline Super Long Lasting Lip Liquid Tint nr 115, 116, 117, 118, 119, 120
Nie potrafię oprzeć się
kosmetykom do makijażu ust, wciąż odczuwam pewien niedosyt. Swego
czasu tinty Eveline cieszyły się ogromną popularnością, ja
odkryłam je dopiero w kwietniu. Wywarły na mnie tak dobre wrażenie,
że powiększenie gromadki sprawiło mi ogromną radość. Pomadki w
płynie charakteryzują się świetną trwałością. Na moich ustach
utrzymują się przez wiele godzin, nie wysuszając przy tym warg.
Dzielnie znoszą obiad czy kolację, aczkolwiek podczas spożywania
posiłku nieco bledną. Pomadki w płynie zapewniają efekt mokrych
ust, toteż chętnie po nie sięgam. Wypadają o wiele lepiej niż
tinty Bell, które tworzą nieestetyczne zacieki, a po zaschnięciu
pękają. Przyglądając się numerkom, można odnieść wrażenie,
iż produkty Eveline wyraźnie różnią się odcieniem. W
rzeczywistości mamy tutaj do czynienia z różem, który na moich
ustach za każdym razem wygląda tak samo. Niewykluczone, że efekt
finalny zależy od pigmentacji i stanu ust.
Eveline Aqua Platinum pomadka ultranawilżająca nr 420
Z tą pomadką miałam do
czynienia kilka lat temu, byłam z niej zadowolona, toteż
zdecydowałam się na powrót. Niestety, producent nie ograniczył
się do zmiany szaty graficznej, zmodyfikował również właściwości
sztyftu. Pomadka jest zbyt perłowa, jej odcień również różni
się od wyjściowego. Jedynie zapach nie uległ zmianie, mój nos
wciąż wyczuwa nuty charakterystyczne dla soczystego melona. Szminka
przyzwoicie nawilża usta. Na razie jej nie przekreślam, ponieważ
na wargach prezentuje się nie najgorzej.
Eveline Colour Celebrities błyszczyk do ust nr 589
Nie jestem miłośniczką
błyszczyków, ale o tej serii słyszałam wiele dobrego. Do
zapoznania się z Colour Celebrities od Eveline przekonała mnie
pigmentacja. Niestety, ta w rzeczywistości okazała się słabsza,
niż przypuszczałam. Może klucz do sukcesu stanowi odpowiednio
dobrany odcień? Ten, który wpadł w moje ręce zapewnia efekt
półtransparentny. Na korzyść błyszczyka przemawiają apetyczny,
owocowy zapach oraz nawilżająca formuła. Kosmetyk budzi we mnie
mieszane uczucia, ale raczej nie będzie leżał odłogiem.
Canon EF 50 mm f /1,8 II obiektyw do aparatu
O tym obiektywie
słyszałam wiele dobrego. W ciągu 1,5 tygodnia zdążyłam go
przetestować w różnych sytuacjach i mogę podpisać się pod listą
pochwał. Rzeczywiście obiektyw jest niezwykle jasny, a na zdjęciach
wykonanych przy jego użyciu na próżno szukać żółtych tonów.
Te ostatnie były moją zmorą. Nieważne, w jaki sposób ustawiłam
parametry lustrzanki, fotografie zawsze były zbyt ciepłe. Dzięki
mojej M.:* wiem, że taki efekt fundują standardowe obiektywy
dołączane do Canona. Ona również miała problem z żółtymi
tonami. Jeśli szukacie dobrego obiektywu do portretów, a wasze
fundusze są ograniczone, Canon EF 50 mm f /1,8 II stanowi doskonały
wybór. Za jego sprawą tło sprawia wrażenie idealnie rozmytego.
Obiektyw zmiękcza zmarszczki, toteż na zdjęciach twarz wygląda
szlachetniej niż w lustrze. Jestem pod ogromnym wrażeniem Canona EF
50 mm f /1,8 II i mogę go polecić osobom, które interesują się
fotografią.
PS Jak prezentują się
Wasze zakupy z ostatnich tygodni? Czy odkryliście jakiś ciekawy
kosmetyk?
karminowe.usta
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.png)





.png)


.png)
.png)
.png)
.png)



.png)
.png)
.png)
.png)










.png)
.png)
.png)
.png)




.png)

.png)
.png)














.png)
.png)
.png)
.png)

.png)
.png)

.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)