Dzisiaj nietypowy wpis, bo o
koronawirusie. Od kilku dni nie wychodzę z szoku, jak dramatycznie
może się zmienić nasze codzienne życie. Jestem przyzwyczajona do
wygodnego życia. Przez koronawirusa po raz pierwszy w życiu
doświadczyłam stanu, że może czegoś brakować w sklepie.
Pomijając ekologiczne płatki kukurydziane, które szybko schodzą w
osiedlowym sklepie ze zdrową żywnością, to zawsze wszystko miałam
na wyciągnięcie ręki. Obok domu mam galerię handlową, w której
jest wiele znanych marek. Ostatnio, jak urwał mi się pasek od
torebki, weszłam do sklepu i po chwili wyszłam z nową. Dlatego
czuję się wyjątkowo zagubiona, gdy wchodzę do Lidla i widzę, że
nie ma ani jednego kartonu mleka, gdzieś wywiało mąkę
pełnoziarnistą, a w Rossmannie na próżno szukać mydła.
Osobiście nie robię zapasów żywności, bo uważam, że nie jest
to potrzebne. Po prostu chcę kupić konkretną rzecz – mleko do
śniadania, mydło do łazienki czy mąkę do pizzy, a tego nie ma.
Dla mnie to ogromny szok, bo zawsze miałam wszystko, czego
potrzebowałam w pierwszym, lepszym sklepie.
Źródło: Pixabay.com |
Przeraża mnie fakt, jak życie na
mieście zamiera. Zawsze chętnie wychodziłam do kina, teatru, na
koncert czy imprezę. Teraz wszystko jest pozamykane i słusznie,
tutaj muszę przyznać rację rządowi, bo tylko tak można
ograniczyć epidemię. Jednak jako osoba, która nigdy nie umiała
usiedzieć w miejscu, lubiła, gdy wokół dużo się dzieje,
przeżywam ogromny szok. Jest mi z tego powodu bardzo smutno.
Najgorsze, że nie wiadomo, kiedy wrócimy do normalnego życia, za
którym tak bardzo tęsknię, a to dopiero początek obostrzeń.
Zdaję sobie sprawę, że są potrzebne, ale jeszcze kilka dni temu
doskonale bawiłam się ze znajomymi na mieście, dlatego trudno mi w
to uwierzyć. Czuję się, jakby ktoś wysłał mnie w kosmos,
którego nie znam.
Uwielbiam jeść na mieście. Moją
małą świecką tradycją są wypady na obiad z przyjaciółmi.
Zawsze po pracy na nie pędziłam, bo mogłam miło spędzić czas i
nie musiałam gotować, czego nie cierpię. Uwielbiałam odkrywać
nowe restauracje. Na razie punkty gastronomiczne jeszcze działają,
ale kto wie, kiedy zostaną zamknięte.
Bardzo smutno zrobiło mi się dzisiaj,
gdy usłyszałam, że zmarła pacjentka z Poznania. Była w wieku
mojej mamy. Najgorsze jest to, że w przeciwieństwie do wielu osób
na oddziałach zakaźnych, nie ściągnęła na siebie problemu przez
własną głupotę, bo nigdzie nie wyjeżdżała. Widywała się z
kobietą, która wróciła z Włoch i miała katar.
Na szczęście pozostały nam spacery,
pogoda ostatnio dopisuje, więc można wyskoczyć z najbliższymi
przyjaciółmi gdzieś nad rzekę, aby pogadać i pożartować.
Lubię spacerować i zasadniczo wyszło mi to na dobre, bo ostatnio
chodziłam do pracy pieszo. Długo korzystałam z autobusów, ale od
czasu ogłoszenia przypadków koronawirusa we Wrocławiu,
stwierdziłam, że nie ma sensu ryzykować i po prostu nie wykupiłam
miesięcznego. Jednak ostatnio przyszło mi pracować zdalnie. Mam
to szczęście, że mogę sobie na to pozwolić. Przynajmniej nie
będzie groziła mi nuda czy brak normalnej pensji:)
Ale tym, co najbardziej mnie wkurza,
jest głupota ludzka. Niektórych chyba trzeba zacząć za nią
karać, bo bez konsekwencji nie nauczą się odpowiedzialności. W
moim województwie pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem to
lekarz, który był na nartach we Włoszech, a po powrocie beztrosko
wrócił sobie do pracy. Jest anestezjologiem, więc asystował przy
wielu operacjach. Jego dzieci, które są w wieku szkolnym, po
powrocie z zagranicy chodziły do szkół. W szpitalu pojawiły się
braki personalne, bo część pracowników jest poddana kwarantannie
ze względu na ryzyko zakażenia. Moja przyjaciółka poinformowała
mnie, że lekarz, z którym ma do czynienia w swojej pracy, też był
we Włoszech i normalnie przyjmuje pacjentów. Jedna koleżanka
wspominała, że właścicielka jednego z salonów kosmetycznych w
mieście też była we Włoszech i normalnie przyjmuje klientki.
Zresztą co ja się dziwię, ryba psuje się od głowy. Skoro
marszałek Senatu też pojechał do Włoch, a przecież jest lekarzem
i powinien mieć większą świadomość zagrożenia, to czego tu się
spodziewać?
Wkurza mnie fakt, że przez grupę
osób, którym zachciało się nart czy też imprez karnawałowych,
teraz mamy taką dramatyczną sytuację. Ten wirus nie pojawił się
nagle, od dawna trąbiono, żeby nie podróżować do Włoch, Niemiec
czy Hiszpanii, ale przecież trzeba mieć śnieg, poszusować na
nartach, skorzystać z karnawału. Po powrocie te osoby też nie
odczekały 2 tygodni w domu, tylko od razu ruszyły do pracy i szkół.
W rezultacie powstał cały łańcuszek powiązań. Dziwię się, że
każdy kraj boi się zdecydowanych kroków. Epidemia nie ustanie,
dopóki każdy będzie mógł latać, gdzie zechce i nie będzie
musiał przechodzić obowiązkowej kwarantanny po powrocie. W
interesie nas wszystkich leży zamknięcie granic poza pewnymi
wyjątkami, vide transport surowców i towarów. Wyłapanie
wszystkich potencjalnych nosicieli poprzez poddanie testom
przesiewowym wszystkich, którzy w ostatnim czasie przebywali za
granicą. Tutaj nie chodzi o piętnowanie kogokolwiek, tylko o dobro
społeczne i powrót do normalności. Wszyscy z zaskoczeniem patrzą
dziś na Trumpa, jednak to, co zrobił, to bardziej pokazówka niż
działanie, które uchroni Amerykanów przed koronawirusem. Chciał w
ten sposób okazać wyższość Unii Europejskiej. Ale zezwalając na
swobodny przepływ ludności z Wielkiej Brytanii, nie zwalcza
koronawirusa, bo w tym kraju także mają ogromny problem z tym
patogenem. Zamknięcie granic nie jest niczym przyjemnym, ale wydaje
się rozwiązaniem skutecznym. Zakończy się przypływ nowych
potencjalnych nosicieli. Dotychczasowi będą mogli być wykryci i
poddani izolacji aż do wyzdrowienia. Jeśli tego się nie zrobi, to
podejrzewam, że jeszcze długo będziemy siedzieć zabunkrowani w
biurach oraz domach, zamiast korzystać z uroków nadchodzącej
wiosny i lata. Osobiście uważam, że zamknięcie granic na pewien
okres jest mniejszym złem od wielomiesięcznej epidemii, siedzenia w
domu i załamania gospodarki. Straci na nim branża turystyczna, ale
na obecnej sytuacji tracimy wszyscy. Rządowi zawsze łatwiej będzie
pomóc kilku branżom niż borykać się z totalnym załamaniem
gospodarki.
Na razie nie zamierzam panikować, nie
robię zapasów żywności, wychodzę z domu na świeże powietrze i
zakupy. Nie unikam przyjaciół, bo to rozsądni ludzie, którzy w
ostatnim czasie nigdzie nie wyjeżdżali, a gdy źle się czują, to
odwołują spotkanie, a nie latają zakatarzeni po wszystkich
miejscach publicznych. Często myję ręce, noszę ze sobą płyn do
dezynfekcji na wypadek sytuacji, gdy nie będę miała dostępu do
toalety. Staram się robić zakupy w galerii handlowej a nie w
mniejszych sklepach, bo jest w nich mniejsze zagęszczenie klienta na
metr kwadratowy, poza tym galeria obok mojego domu ozonuje powietrze,
często dezynfekuje różnego rodzaju powierzchnie, ma bardzo
higienicznie zaprojektowane łazienki, w których po umyciu rąk
niczego się nie dotyka. Czuję się w niej naprawdę bezpiecznie i
bez obaw wchodzę do sklepów odzieżowych czy perfumerii. Z
przyjaciółmi umawiam się na spacery, bo unikamy wówczas dużych
skupisk ludności, a przy okazji wzmacniamy swoją odporność
poprzez ruch na świeżym powietrzu.
Też jeszcze nie robię zapasów, ale kto wie, co nas czeka. Ludzie są naprawdę niepoważni udając się teraz na takie wycieczki. To nie tylko głupota, ale też skrajny egoizm. Od poniedziałku będę we Wrocławiu o ile nie wróci córki chłopak z trasy i będę się nią opiekować, żeby córka nie brała wolnego. Kredyt sam się nie spłaci... Ja unikam ludzi, żeby nie być zagrożeniem dla nich, ale też serce mi płacze, bo muszę zostawić koty pod opieką sąsiadki...
OdpowiedzUsuńNajważniejsze to rozsądek i mądre podejście.
OdpowiedzUsuńNie robię zapasów jedzeniowych, nie panikuję, odcinam się od wszelkich informacji na temat koronawirusa. Dbam o siebie i ludzi wokół, wierzę, że będzie dobrze :)
OdpowiedzUsuń:)
OdpowiedzUsuń